KRÓTKI URLOP W PROWANSJI
Jesteśmy już w komplecie, Sasza powrócił z kolonii. Bardzo zadowolony, chce kontynuować lekcje jazdy na kucykach. Cieszę się, ale jednocześnie już mam problem, jak te lekcje wcisnąć w i tak już napięty grafik zajęć .... Na razie odsuwam od siebie takie nieprzyjemne, stresujące i przyziemne kłopoty.
Na razie żyję lawendową atmosferą Prowansji. Przyjechaliśmy tutaj wczoraj spędzić tydzień urlopu. Jest to taka próba generalna przed właściwymi wakacjami, które będziemy mieć w sierpniu.
Jesteśmy w górach Luberon, tuż obok jednej z najważniejszych miejscowości, Apt.
Miejsce naszego pobytu jest usytuowane z dała od miasta, z dała od siedzib ludzkich, na lekkim wzniesieniu. Widoki są urocze, sam dom wprawia już w zachwyt.
Na zewnatrz prezentuje sie, jak typowy prowansalski budynek. Prosta bryła, lekko spadzisty dwustronny dach, tynk koloru okry i błękitne okiennice. Wewnątrz jest urządzony komfortowo, a jednocześnie bardzo prosto, wręcz surowo : beton, beton polerowany, drewno, miedź.
Na tarasie przed drzwiami wejsciowymi znajduje się betonowy stół, który stał się naszym stołem do wszystkich posiłków. Nie ma mowy o jedzeniu w domu. Nad głowami roznosi się szalony odgłos bzyczenia - to pszczoły , które nieustannie pracują nad dzikim winem i jakimś innym okwieconym pnączem. Pierwszy dzień minął nam na pacyficznym wspólżyciu, one okupowaly górę, my parter, nie doszło do kolizji.
Dodatkową atrakcją tego miejsca jest basen, którego jesteśmy jedynymi użytkownikami.
Woda w nim zimna, ale starczyło nam odwagi na danie nurka. Wrażenie chłodu szybko mija, a wygrzewanie się na słońcu po takiej kąpieli jest czystą rozkoszą.
W tej Prowansji uderzają mnie, jako mieszczucha, dwie cechy : pierwsza to nieustanny dźwięk rożnych owadów. A to pszczoły, bąki, osy, komary, muchy , i już nie wspominając o cykadach, których cykanie przebija wszelką inna owadzią akustykę. A druga rzecz, także mało oryginalna, to widoki pól lawendowych.
Mogłam być na to przygotowana, gdyż lawenda jest znakiem fabrycznym tego regionu, jest tutaj powszechnie uprawiana, konsumowana, sprzedawana, nie należy do rzadkości. Jednak będąc przyzwyczajona do szarości miasta, i żółci rzepaku w znajomych mi krajobrazach, tak tutaj ten fiolet, i jego geometria ujmują mnie swoją malowniczoscią. Chyba polubię zapach lawendy.
Będąc dziś rano w piekarni, trafiliśmy na przepiękną kolekcję ciastek i ciast, wśród których centralne miejsce zajmowała tarta tropezyjska. Kilka słów o niej na zakończenie tego dnia. Zwłaszcza , ze będzie to akapit nawiązujący do postu Mika ( Mika i Micka - bez "C" byłoby to samo).
Deser ten ma bowiem polskie pochodzenie. Od kiedy trafiłam na jego historię stralam się wypróbować te, które można znaleźć w Paryżu, jednak oryginalny przepis jest tajemnicą, a prawdziwą tropezyjkę można zjeść tylko w st Tropez i tylko w "La tarte tropezienne".
Po drugiej wojnie swiatowej, polski żołnierz, Aleksander Micka, osiedlił się w St Tropez, gdzie otworzył swoją piekarnię. Kiedy w roku 1955 kręcono w tym mieście, nieopodal piekarni Micka, film "I Bóg stworzył kobietę", ekipa filmowa , tzn Roger Vadim, Jean-Louis Trintignant i Brigitte Bardot, stołowała się u tego właśnie u niego. Codziennie podawał na deser swoją tartę zainspirowaną wspomnieniami z dzieciństwa i ciastem, które robiła jego babcia. BB poradziła, aby nadał nazwę swej kreacji i czemu by nie " Tarta z St Tropez". W rezultacie Micka wybrał nazwę " Tarta tropezyjska" ( zdaję sobie totalnie sprawę z niezgrabnosci tego tłumaczenia, ale w Wikipedii nie mam żadnej pomocy).
Tarta stała się słynna, jej nazwa zastrzeżona, a przepis państwową tajemnicą.
Te, które są podróbkami są wyśmienite. Tak z grubsza biorąc to ciastko składa się z przekrojonej na pól słodkiej bułeczki wypełnionej nadzieniem z bitej śmietany i budyniu.
Przepis, na fałszywą, można znaleźć tutaj
W St Tropez nigdy nie byłam, prawdziwej Tarty tropezyjskiej nie jadłam, ale ta którą dziś spotkałam była bardzo smaczna.












Komentarze
O długiego czasu mam lawendę ... na tapecie swojego laptopa:-) A za oknami od wczoraj grają świerszcze.
To jednak nie to samo, co bolące od słońca i kolorów oczy, zapach kwiatów i bzykanie (zwłaszcza cykad). Mam nadzieję, że kiedyś będzie mi dane to zobaczyć i poczuć osobiście.
Boski odpoczynek. I Twoje zdjęcia również.
Pozdrawiam, Ewa T.