TYDZIEN 17

Miniony tydzien uplynal w dziwnym rytmie.
Miotalismy sie pomiedzy organizacja czasu Saszy, ktory ma teraz dwu-tygodniowe ferie, rozwiazywaniem tajemnicy zagadkowego utykania i naglej goraczki oraz naszymi wyjazdami.
Dotrwalismy do jego konca ostatkiem tchu.
Wsrod tego chaosu, spieszac sie na pociag w srodku tygodnia, udalo mi sie byc swiadkiem jednego z tych magicznych porankow, ktore wprawiaja w radosny nastroj na caly dzien.
Slonce oswietlalo gorne pietra kamienic, poziomymi promieniami, ktore nadawaly budynkom innych wymiarow. Podkreslaly ich wszelkie wypuklosci na plaskich scianach. Balkony i gzymsy rzucaly niebieskie cienie na kremowe tynki.
Promienie swiatla bawily sie w koronach drzew, wsrod swiezutkich swa nowa zielonoscia lisci.
Nawet szpak, osmielony rannym spokojem i cisza, przysiadl na plocie i obserwowal mnie ze stoicka obojetnoscia – mnie, spieszaca sie do pociagu.
Na blekitnie czystym niebie, jedynie samoloty kreslily majestatycznie swe biale linie lotu.
To byla krotka chwila , z serii gdzie zdaje sie, ze jedynie ja jestem w ruchu, a cale otoczenie trwa w blogim i leniwym bezruchu. Chwila ta skonczyla sie dokladnie w momencie, kiedy dotarlam do stacji metra i zanurzylam sie pod ziemie. Na koncu schodow czekal na mnie prawdziwy poranny real : ruch w mrowisku.

Komentarze

Popularne posty