. . .

Wczoraj wlasnie dowiedzialam sie, ze moja dawna kolezanka z klasy stracila w wypadku samochodowym swojego meza i tescia. A jej 11 letni syn zostal ranny.
Nie potrafie przejsc do porzadku dziennego od kiedy przeczytalam o tej tragedii.
Mialam szczescie poznac jej meza, widzielismy sie jeszcze w zeszlym miesiacu, i jakos nie moge przyjac do swiadomosci, ze nie ma go.
Nie moge sie pogodzic z tym, ze zycie potraktowalo ja tak surowo i niesprawiedliwie.

Zdaje mi sie , ze moge sobie wyobrazic jej dramat, bo sama tez kiedys doswiadczylam podobnych przezyc. I wiem, ze czas wcale nie leczy ran.
Jedynie zdaje sie nam, ze jestesmy zdrowi. Tworzymy sobie skorupe, pod ktora sie chowamy przed swiatem i do ktorej nikt inny nie ma wstepu. Pod ta luska chowamy wszystkie blizny, wszystkie bole.

Wiem, ze zycie zmusi ja do podniesienia sie. Ale ile w niej musi byc nieszczescia?
Nie moge sie z tym pogodzic, nigdy mi sie nie uda.

Komentarze

mikan pisze…
Bo zawsze jest tak, że myślimy, że innych to spotyka...Śmierć kogoś bliskiego to zawsze jest dramat. Ja np. myślałam, że mój dziadek nigdy nie umrze. No bo tak długo był obok mnie, zdrowy był, przecież nie mógł tak po prostu...
Ania pisze…
Bardzo trudne doświadczenie życiowe spotkało Twoją koleżankę. Zrozumieć to może tylko ten, kto tego doswiadczył.
Współczuję.
Magda pisze…
Ze smiercia, czyjakolwiek, nigdy nie mozna sie pogodzic...

Popularne posty