SPOZNIONE WAGONOWE PRZEMYSLENIA
(Notka z srody, 19.02.2009, pisana na goraco, niecenzurowna)Dzis rano slowa wylewaja sie z ust Saszy niczym potok wstrzymywany tama calonocnego milczenia.
Wychodzac, jestem jeszcze obdarowana usciskami i ostatnimi slowami na do widzenia.
Juz w progu, jedna noga na zewnatrz, slysze taki monolog dobiegajacy z glebi korytarza i znajdujacej sie tam ubikacji :
- Zawsze nie lubie , jak jedziesz na budowe. Lubie tylko sobote i niedziele, jak zostajesz ze mna.
I jakas wiosna w sercu sie zrobila, pomimo tej wymowki.
Bo jeszcze wczoraj , obrazony na moje wymagania przestrzegania przepisow gry, odgrazal sie, ze jak tak, to on chce zmienic dom. Oczywiscie spotkal sie z jeszcze scislejszym egzekwowaniem regulaminu : domu, ani rodzicow, ani dzieci sie nie zmienia.
Droga na stacje byla zaskakujaco przyjemna.
Radosny ptasi jazgot na dachowych antenach, z braku dostepnych galezi drzew, pozwalal na niesmiale marzenia o nadchodzacej wiosnie.
W wagonie mojego pociagu, sami sztywni i powaznie panowie, dyskutujacy z zacietrzewieniem o procentach i budzetach,
omawiajacy z najwiekszym natezeniem strategie przed oczekujacymi ich zebraniami,
lub czytajacy ostatnie wiadomosci na gazetowych stronach,
lub stukajacy z zacietrzewieniem mlodej sekretarki, po klawiatyrze komputerow,
lub z zamknietymi oczami i sluchawkami i-podow na uszach, skupiajacy sie na celach swej podrozy.
I ja.
Slysze jeszcze jedna przedstawicielke tej samej plci, kilka foteli przed moim. Jej przenikliwy glos dociera az do mojego miejsca.
Kawa, w kartonowym kubku, zakupiona na dworcu, juz ostygla, niedopita.
Za oknem mijane krajobrazy zlewaja sie w jedna szara ciaglosc, przerywana czarnymi pauzami tuneli.
Zmierzam mimowolnie i niuchronnie, ku mojemu celowi podrozy.
Rownie wazne zebranie, gdzie znowu bede mniejszoscia,
gdzie znowu trzeba intenyswnego wysilku, koncentracji, aby zrozumiec i przekazac prawidlowo "architektoniczna wole projektu".
Czy ja to lubie?
Czy moze, calkiem niespodziewanie, szczera prawda wyplynela z ust mojego dziecka?
Moze podswiadomie przekazalam mu moj nikly entuzjazm, ktory zywie do tego projektu i zebran na budowie.
Czuje sie podzielona, troche jak Dr Jekyll i Mr Hyde (przyblizeniu, oczywiscie).
Jedna "ja" nie ma zadnej ochoty slyszec dzwonka budzika, kiedy za oknem jescze noc, kiedy wszyscy sa pograzeni w przytulnych poduszkach i koldrach.
Ta moja czesc wolalaby zostac, nie wstawa, poczekac , az "Mama! " dobiegnie zza sciany, poczekac, az ciepluti i pelen energii Sasza wgramoli sie pod koldre. Jeszcze piec minut. Jescze pare chwil, ulotnych, slodkich.
Ta wlasnie osoba, drzemie we mnie, wcale nie tak gleboko, nie trzeba duzo , aby sie dokopac do calych pokladow mojego lenistwa.
I moje druge "ja" (moze jestem nieswiadoma faktu mitomanka?), ktore czerpie satysfakcje z tej roli samotnego bohatera,
ktore jest samolubnie dumne z siebie, siedzac w fotelu numer 32 w wagonie numer 1,
i ktore za 60 minut bedzie siedziec w sali wypelnionej "krwiożerczymi" osobnikami , probujac zachowac samokontrole, kiedy nagle wszystkie dreczycielskie pary oczu sa skierowane tylko na mnie, kiedy nie mam prawa sie zarumienic, ani zajaknac. Moja niesmialosc jest wystawiona na ciezka probe.
Tak sprzeczny jest ten wizerunek z moja wizja samej siebie.
Moze to jest najlepsza forma terapii na moje przewlekle poczucie niedowartosciowania?


Komentarze
Trochę mam w mojej głowie namotane.