KORSYKA , RAZ JESZCZE
Z dala od paryskich problemów, z dala od aktualnej polemiki na temat prowokacyjnych pojawień się burkini na francuskich plażach, jesteśmy po raz kolejny na Korsyce.
Druga połowa sierpnia to taki nietypowy okres, jak gdyby posezonowy. Turyści zaczynają opuszczać wyspę, korków i samochodów jest znacznie mniej, proporcjonalnie pustoszeją plaże.
Właśnie wtedy lubimy tutaj przebywać.
Nasze miniaturowe miasteczko żyje w zwolnionym tempie, wyznaczanym godzinami otwartych sklepików i restauracji.
Mieszkanko, które wynajmujemy znajduje się tuż przy wejściu do centrum miasteczka, centrum zarezerwowanego dla pieszych.
Jednakże co rano witają nas odgłosy budzących się do życia restauracji i sklepików. Słońce próbuje przedostać się przez pozamykane okiennice.
Ich codzienne otwieranie, to najczystsza rozkosz. Światło zalewa mieszkanie, ukazując błękitne niebo i błyszczące morze, jasne tynki sąsiednich kamienic, uliczkę, która za moment zaludni się i wypełni swoim wesołym gwarem nasze wnętrze.
Pobliska piekarnia rozsiewa zapachy świeżego pieczywa. Idealnego na śniadanie właśnie takie, wakacyjne, absolutnie nie dietetyczne. Wczoraj skusiło mnie ciacho przypominające bułkę z serem, ale pieczone na cieście francuskim z brocciu, serem korsykańskim z mleka owczego lub koziego. Było wyśmienite!
Nie udaje nam się wczesne wstawanie i wczesne wyjście na plażę. Przybieramy rytm iście korsykański, nie spieszymy się z niczym, ani do niczego.
Droga na plażę prowadzi przez centrum newralgiczne miasteczka, miniaturowy placyk przy miniaturowym porcie, otoczony restauracjami. Króluje przy nim fontanna oraz fantastyczna ruina domu kapitana, otoczona tajemnicą nieznanego sekretu.
Bandy dzieci uwielbiają przekradać się przez rozpadające się kraty bramy, bawić się w zdziczałym ogrodzie i wdrapywać się na zmurszałe piętra. Do chwili, aż jakiś wiekowy Korsykanin, równie zmurszały, nie krzyknie gromko i nie przepędzi wesołków.
Godziny południowe są obowiązkowo przeznaczone na lekki obiad i siestę. Temperatury nie pozwalają na plażowanie.
Późnym południem powracamy na plażę.
Morze wita nas przyjemnie letnią wodą.
Czekamy, aż cień dosięgnie naszych rozłożonych ręczników, jeszcze kilka minut i będziemy wracać, drogą prowadzącą koło pluskającej orzeźwiająco fontanny, koło legendarnego domu kapitana, i zatrzymamy się w jednej z knajpek, aby spróbować jeszcze raz typoweg dla południa Francji koktajlu , Maureski, przygotowanego z pastisu, syropu orszadowego, wody i kostek lodu. Będziemy go leniwie sączyć, podczas gdy słońce będzie leniwie kończyć swój bieg, tworząc coraz dłuższe cienie i barwiąc na różowo roztaczający się przed nami horyzont.






Komentarze