SIERPIEŃ - O TYM JAK, GDZIE I CO
Od dziesięciu dni jesteśmy nad zatoką Arcachon, w miasteczku Arès, tak, jak rok temu, i dwa lata temu, i trzy lata temu, itp. Nie grzeszymy oryginalnością wyboru, ale lubimy powracać do tutejszych klimatów.
Coraz częściej tez łapiemy się na spostrzeżeniu, że odpowiada nam taka jakość życia, której możemy tutaj troszkę liznąć : bliskość natury, łatwość w przemieszczaniu się, jakość produktów spożywczych, możliwości mieszkaniowe. Prawda, że nie jest to duże miasto, ze nie znamy w nim życia na codzień, i o porach roku mniej atrakcyjnych. Ale pofantazjowac sobie troszkę nie zaszkodzi.
Ale też nie chciałam na ten temat, ale na temat tego, co my tu właściwie robimy w tym roku, po takich mocnych zeszłorocznych postanowieniach, że już się nam znudziło przyjeżdżanie od dziesięciu lat do tego samego hotelu.
Postanowiliśmy przeznaczyć pierwsze dwa tygodnie wakacji na odpoczynek w znajomych kątach, ale zmieniając warunki - tym razem jesteśmy lokatorami małego domku z tarasem.
Dla nas, jak się okazuje totalny komfort i relaks. Bezstresowe budzenie, nie ma obawy, że nie zdążymy na śniadanie. Bezstresowe śniadanie, nie ma obawy, że panie sprzątaczki potrzebują wolnego dostępu do pokoju. Beztresowy poranek, zakupy, mycie, szykowanie się na plażę, to wszystko w naszym , wakacyjnych rytmie. Powrót z plaży, lub wieczorem, też w atmosferze totalnego rozluźnienia, bez kontroli, bez obawy, że obudzimy jakiegoś sąsiada. No i możliwość korzystania z pralki i suszarki, dają niesamowity komfort. Perspektywa czystych ubrań, czy tez ręczników plażowych, bezpośrednio wpływa na ilość pakowanych rzeczy do walizki.
Jednym słowem, bardzo odpowiada nam taki sposób na wakacje.
Przyszły tydzień spędzamy w hotelu, będziemy z dużą dozą flegmy znosić hotelowe reguły.
Tymczasem dni mijają nam leniwie, nie ma pośpiechu, nie ma obowiązków. Jest słodko.
Pogoda wyjątkowo nam nie dopisała. Nad ocean jeździliśmy dużo rzadziej niż w zeszłym roku.
Tylko raz na rowerach. Być może dziś, jeśli pogoda będzie dla nas łaskawa, będzie to nasza ostatnia plażowa wyprawa.
Jestem zadowolona, że Sasza mógł odbyć swój pierwszy kurs żeglarski.
Codziennie odprowadzalismy go do szkółki żeglarskiej i znikał z horyzontu na cztery godziny. Dziwnie mi było, wiedząc, że moje dziecko kołysze się gdzieś daleko na wodach zatoki. Okazalo się, że nie tylko się kolysał, ale i wpadał do wody, i burzę na łódce przeżył. I podobało mu się.
Oprócz nowo nabytych umiejętności wodniackich, zaskoczył nas swoim potencjałem czytelniczym. W ciągu 12 dniu przeczytał cały stos książek. Byliśmy najlepszymi klientami pobliskiej księgarni :-)



Komentarze