OSTATNIE DNI STAREGO ROKU
Będziemy je spędzać w podgranicznym miasteczku o wdzięcznej nazwie Biriatou, w Pirenejach Atlantyckich, nieopodal miasta Hendaye. Wczoraj wieczorem przywiózł nas tutaj TGV ( Szybkobieżny Pociąg) , który pokonał 600 km w sześć godzin. Podróż długa, zwłaszcza, że już od Bordeaux pociąg nie jest szybkobieżny, jedzie wolniej i zatrzymuje się około czterech razy. W każdym razie jest to bardzo wygodny sposób podróżowania, i już dawno nie mieliśmy okazji wspólnie jeździć pociągiem.
Widok na ocean w Hendaye.
Ale ta pierwsza grudniowe notka ma być nie o tym co teraz, ale o tym co było. To taka notka reasumujaca listopadowo-grudniowe chwile.
A było nawet bardzo kulturalnie. Koniec roku zbiegł się z intensywnym sezonem teatralny.
W Teatrze Miejskim widziałam pięć przedstawień :
Partita 2 , interpretacja na dwóch tancerzy i skrzypaczkę, klasyka Bacha sluży za podkład i inspirację do choreografii Anne Terese de Keersmaeker. Było to niesamowite doświadczenie słuchowe - wzrokowe, odważne i fascynujące jednocześnie. Zaczyna się od muzyki wykonanej w totalnej ciemności, następnie duet tancerzy odgrywa swę rolę w kompletnej ciszy, trio łączy się w ostatniej części, skrzypaczka i tancerze, muzyka przeplata się z tańcem, taniec z muzyką, puzzle rozłożony na części staje się na nowo całością.
Po klasyce współczesności trochę nowoczesności. Nie zakopujmy się pod cieplymi i komfortowymi kołderkami kanonów.
Trzy przedstawienia, trzy sposoby na przekazanie swych pasji, energii, emocji za pomocą jak najbardziej aktualnego języka jakim jest hip-hop oraz sztuka cyrku.
Borderline, Crakz, De nos jours, to tytuły przedstawień, których choreografowie, tancerze i akrobaci, tworzą swą teraźniejszość na pograniczach limitów spłecznych, analizują nowoczesną technologię w celu stworzenia wielokulturalnej podróży poprzez gest, z szacunkiem, rytmicznie i z humorem, oddają hołd kinu i sztuce montażu.
Wracając trochę pod kolderkę, czyli na znajome szlaki, udało mi się jeszcze przed końcem tego roku być na dwóch występach, teatralnym i baletowym.
Piotrusiu Panie w wykonaniu aktorów z Berliner Ensemble i w reżyserii Roberta Wilsona. Werja rock and roll starej baśni o chłopcu, który nie chciał dorosnąć.
i Giselle, klasyczny balet w minimalistycznej aranżacji szwedzkiego choreografa Matsa Ek i wykonaniu tancerzy Opery Liońskiej.
Wszystkie te spektakle widziałam w towarzystwie koleżanek i w ramach rocznego abonamentu w Teatrze Miejskim.
Natomiast całą rodzinę udało mi się tradycyjnie wyciągnąć na wspólną kulturalną ucztę. Tym razem w Operze Bastille i na kwintescencję klasyki baletowej, Śpiącą Królewnę, balet nad baletami, jak powiedział sam Rudolf Nuriejew. Autorem muzyki do tego baletu jest Czajkowski, prapremiera miała miejsce w Sankt Petersburgu w 1890 roku, a w 1989 powrócił on na scenę operową w wersji Nuriejewa. Jest to balet feeria, zapierajacy dech, ktorego się nie ogląda, ale podziwia z otwartą buzią i suchym gardłem, zachwycając się kunsztem tancerskim, przepychem dekoracji i kostiumów.
Taniec współczesny nie wzbudza we mnie takich emocji i dreszczy , jak właśnie te przepiękne baletnice, ich eleganckie ruchy i mistrzowskie opanowanie ciała.
I nie wiedzieć dlaczego, przypominają mi się gorzkie słowa prawdy wygłaszane przez moją mamę, prawdopodobnie w jakiejś krótkiej chwili mojego zniechęcenia : " Marnej baletnicy, nawet majtki przeszkadzają".
Być może powinnam właśnie takim mottem zamknąć rok 2013.









Komentarze