EST AESTAS
Lato minelo.
Wraz z nim szum fal, goracy piasek pod stopami i krzykliwi plazowi sprzedawcy "Chichiii, beeeignets!!!"
Osierocilismy nasza ulubiona plaze noszaca wdzieczna nazwe "Zielonej rzeczy". Opuscilam ja z ze smutkiem, ale i jednoczesnie z radoscia przed powrotem do codziennosci.
Dziwnym zbiegiem roznych okolicznosci wracalam wprost z niecierpliwoscia do domu. Czemu? Dosc tego "nieprawdziwego", wakacyjnego zycia. Chcialam na nowo, jak gdyby to mialo mi w czyms pomoc, odnalezc moje zwykle , szare, miejskie i nudne zycie. Z nim czuje sie lepiej. Prawdziwiej.
Powinnam jednak napisac o wakacjach zgodnie z chronologiczna kolejnoscia.
Zaczely sie one wyjazdem dzieciecia na kolonie . Ta sama ekipa co w zeszlym roku, to samo miejsce. Pogoda nie dopisala. Ale dziecie wrocilo zadowolone. Glownym tematem kolonii byli "Piraci", kazdy zdobyl dyplom Najsilniejszego Pirata, kazdy wrocil z lupem w postaci kilku zlotych talarow, miecza, kapelusza i opaski na oko!
Jedyna krytyka calej imprezy, jaka wydobyla sie z ust mojego swiezo upieczonego pirata : nie dali mu robic, tego na co mial ochote.
Ale czego? Rabunku tubylcow na przyklad?
Maly pirat pojechal nastepnie dokonywac swych pirackich obligacji oraz szlifowac nowo nabyte umiejetnosci do Dziadkow ( Dziadkowie w miedzy czasie dokonali przeprowadzki i zamienili przedmiecia Duzego Miasta na zielen i wilgoc Gornej Normandii).
Po powrocie swietowalismy jego siodme urodziny (opisane maja byc w odstepnym rozdziale) , ktore zbiegly sie jak co roku ze swietem narodowym Francji.
Po tych wszystkich obchodach nadszedl czas na POLSKE!
I na dlugo oczekiwane spotkanie z najblizzsza Kuzynka i jej Rodzinka.
Moje dziecie, pomimo dlugiej, dwuletniej przerwy oraz slabej mozliwosci dogadania sie z kuzynami zza Baltyku, przywarl do nich , jak pijawka. Wydawal mi sie taki zadny ich towarzystwa i kontaktu, ze znowu dotarlo do mnie, jak bardzo brak mu rodzenstwa.
Razem na plaze, razem na plac zabaw, razem na lody i gofry, do fryzjera , tak jak kuzyni, zel koloryzujacy do wlosow, tak jak kuzyni.
Tylko w jedzeniu pozostawal wierny swoim idealom : roslol i kotlet schabowy!
Po tygodniu upajania sie polskimi wspanialosciami wrocilismy do domu.
Ja do pracy , dziecie popiratowac do Dziadkow.
Po czym spakowalismy ogromne walizki, zaladowalismy je i nas do TGV i z predkoscia 300 km/h znalezlismy sie na atlantyckim wybrzezu Francji, nad zatoka Arcachon.
Wracamy tam co drugie wakacje. Uwielbiam Akwitanie i jej pejzaze. Atlantyckie plaze tak bardzo przypominaja mi baltyckie wybrzeze. Wspomnienia z dziecinstwa wracaja galopem - polwysep helski, Kuznica, Leba...
Nasz hotel miesci sie w malym miescie nad sama zatoka. Urok zatoki polega na tym, ze dwa razy na dobe oproznia sie praktycznie calkowicie z wody, na mokrym piasku pozostaja przechylone statki rybackie, jachty i wszelkie inne plywajace obiekty. Wiatr hula w linach masztow, ludziska przechadzaja sie w blotku do kolan szukajac w nim smacznych slimaczkow. Lubimy te klimaty, ale pokapac sie nie mozna. Wsiadamy w auto i jedziemy nad ocean i przepiekna plaze, o ktorej juz wspominalam , plaze "Zielonej rzeczy". Jedziemy w korkach, rzecz naturalna, wszyscy inni wczasowicze tez chca nad ocean.
Bo ocean jest niezastapiony, niepowtarzalny, niesamowity.
Za kazdym razem, kiedy po wspinaczce przez wydme dociera sie do szczytu i mozna dojrzec linie horyzontu , ktora jest styczna nieba i wody, za kazdym razem, kiedy mozna dojrzec biala piane na grzbietach fal i uslyszec , jak rozbijaja sie o brzeg, za kazdym razem odczuwa sie ogromna radosc i podziw. Kazdy raz jest pierwszy , kazdy taki widok jest pierwszy, wczoraj bylo inaczej, a jutro znowu obrazek sie zmieni. Kazdy raz, kiedy widzi sie ocean, jest to pierwszy raz.
Chlonelam te chwile, zywilam sie nimi, a przeciez jednoczesnie niecierpliwilam sie w oczekiwaniu na koniec urlopu. Dziwna jestem.
Na plazy spedzalismy cale dnie : kapiele, skoki w falach i pod falami - nasz Pirat okazal sie swietnym falo-skoczkiem, zjazdy na desce po wydmie, jedzenie lodow pod parasolem, byly naszymi priorytetami. Wracalismy poznym popoludniem, w towarzystwie innych wczasowiczow, rowniez w korkach. Tym razem czesto to ja bylam kierowca. Male C3 Picasso bardzo mi odpowiadalo, calkiem sie do mnie dopasowalo.
Wieczorem glownym tematem bylo "gdzie bedziemy jesc", a troska o znalezienie wolnych miejsc w wybranej restauracji byla motywacja do przyspieszenia rytmu. Przez pierwsze dni probowalismy roznych instytucji kulinarnych, ale dosyc szybko wylonili sie faworyci i juz przez reszte urlopu bylismy ich stalymi klientami.
I w takim wlasnie to blogim i leniwym rytmie dotarlismy/dotrwalismy do konca tegorocznych wakacji.
Kilka fotek, jako dokumentacja ze zrealizowanego zadania.
Zaczelismy od swieta narodowego. 14 lipca , mielismy wybor,
albo zadzierac wysoko glowe w celu podziwiania efektownych lotow zespołu akrobacyjnego Francuskich Sił Powietrznych,
albo spuscic oczy, aby podziwiac efekty Anamorfozy.
Nastepnie wystarczylo na chwile przymknac oczy, aby znalezc sie nad ....

....nad polskim morzem.
Gdzie mozna sobie zrobic swietny tatuaz,
a w ostatni wieczor posiedziec na molo w Sopocie, marzac o posiadaniu pieknego jachtu.
Gdzie mozna sobie zrobic swietny tatuaz,
I znow wystarczylo jedno przymkniecie powiek, aby znalezc sie na innym wybrzezu Europy,
gdzie hodowcy ostryg buduja domki na szczudlach, tak zwane "Cabanes tchanquées",



Ta dawka energii starcza akurat na tyle, aby obserwowac z bezpiecznej odlegosci i asekurowac wyczyny Pirata, ktory maszty statku chwilowo zamienil na strzeliste pnie sosen.
sprzedajac je nastepnie w malych, nadbrzezynych chatach rybackich, ktore z czasem , w miare zdobywania popularnosci, przeksztalcily sie w ...
nadbrzezne bary-restauracje zwane "Degustacjami", gdzie jak nazwa wskazuje mozna degustowac swiezutkie ostrygi prosto z wody.

Tutaj takze sa mola i zachody slonca,
ale rytm przyplywow i odplywow zmienia krajobrazy radykalnie, wypelniajac zatoke az po brzegi,
lub oprozniajac ja calkowicie na przestrzeni wielu kilometrow.
To tutaj, gdzie ze szczytu przed chwila zdobytej wydmy, mozna podziwiac plaze "Zielonej rzeczy",

na ktorej jedynym sposobem na przetrwanie, jest ochrona pod parasolem Miko oraz orzezwianie sie lodami tejze marki,
wieczorami natomiast, podczas gdy slonce toczy swoja walke o prztrwanie,
dac upust calorocznym ograniczeniom i zakazom, jedzac Profiterole z lodami i ciepla czekolada.

Miasteczko, w ktorym mieszkalismy posiada swe miejscowowe dzielo sztuki - wyrzezbiona olbrzymke strzegaca brzegu - Kobiete ocean.
Na koniec naszego pobytu przypadlo swieto Wniebowziecia Najswietszej Maryi Panny, dzien wolny konczacy sie tradycyjnym puszczaniem sztucznych ogni. Zwlaszcza tutaj jest to interesujcy spektakl, gdyz miasta lezace nad zatoka rywalizuja ze soba w pokazach fajerwerkow. Podziwialismy kolejno Arcachon i lezacy na przeciwko Cap Ferret, nastepnie wlaczyly sie do zabawy pomniejsze miasta Claouey, Arès, Gujan i Andernos, skad je obserwowalismy.



Komentarze