NARTY, NARTY ....
Bylismy i juz wrocilismy.
Nasza ekspedycja narciarska numer dwa zostala zaliczona.
Szczesliwie. Wrocilismy cali i zdrowi. Powiem nawet wiecej. Wrocilismy z odznaka Niebieskiego Krolewicza.
Zdecydowalismy sie w tym roku na powtorke, pojechalismy w to samo miejsce, czyli do Leysin w Szwajcarii.
Miasteczko nie jest polozone zbyt wysoko i przez caly czas przed naszym wyjazdem, mielismy marne dane meteorologiczne : brak sniegu totalny.
Tym bardziej bylismy zaskoczeni i ulzylo naszym narciarskim checiom trzymanym na wodzy cale dwanascie miesiecy, gdy nazajutrz po przyjezdzie ujzelismy przez okna osniezony krajobraz. Snieg ma w sobie taka czarodziejska moc, uspokaja, wycisza, upieksza.
Choc, przyznam, ze widzac ten bialy puch bylismy bardziej podekscytowani, niz wyciszeni.
Spieszylo sie nam na stoki!
Choc sama nie wiem czemu?
W czym ta przyjemnosc?
Najpierw trzeba sie odpowiednio ubrac. Pierwsza warstwa, druga warstwa, na to kombinezon. Wyglada sie wtedy obszernie.
Nastepnie buty narciarskie. Wyglada sie wtedy, jak kosmonauta. Przy czym porownanie konczy sie tutaj, gdyz nastepuja problemy z lekkoscia i gracja chodzenia.
Wielkimi krokami, ciezko stawiajac piety, stukajac po metalowych schodach, z nartami w jednej a kijkami w drugiej rece, dociera sie do wyciagu.
Czlowiek jest juz zmeczony, rozgrzany, i zadaje sobie pytanie : "Czy ja tak dobrowolnie tego chcialem?".
Po przypieciu nart, ktore nie udaje sie za pierwszym razem, gdyz sie okazuje, ze narta lewa nie pasuje do prawego buta, wiec trzeba ja przelozyc na lewa strone, po podniesienieu kijkow, ktore wypadly przy zakladaniu nart, mozna wyprostowac sie z wdziekiem i szurajac nartami , stanac w kolejce do wyciagu.
Po wpadnieciu w krzeselko, ktore podjezdza zawsze za szybko i zawsze od tylu, przypomina sie, ze wlasnie pada snieg. Dosyc gesto pada, a wyciagi krzeselkowe, nie maja ani podgrzewanych siedzen, ani ochronnych daszkow.
Wjazd zdaje sie trwac nieskonczenie, snieg zdaje sie padac z coraz wiekszym natezeniem, gromadzi sie coraz grubsza warstwa na calym mym obszernym odzieniu. Jeszcze troche, a zamienie sie w balwanka!
Aby oderwac sie od mysli o zimie i jej urokach, spogladam w dol. Brrr! Wysoko! Brrr! Moj lek wysokosci i moje pesymistyczne proroctwa na temat spadajacego krzeselka, sklaniaja mnie do zmiany toku myslenia i powrotu do padajacego na mnie wciaz sniegu.
I znow zadaje sobie pytanie : "Czy ja tak dobrowolnie tego chcialam?".
Jednak nie spadlam i nie zamienilam sie w sniegowa kule. Dojezdzam do koncowej stacji, wysiadka. Udalo sie, narty sie nie rozjechaly, nie wjechaly jedna na druga, a kijki nie wplaty sie pomiedzy nogi. Udalo sie! Snieg sie ze mnie obsypuje. Patrze na tych , co za mna. Tez ich zasypalo.
I juz nic nie stoi na przeszkodzie, juz tylko stok i ja, ja i stok.
Jeszcze tylko troche niepewnosci w pierwszych zjazdach. Jeszcze sie szuka zeszlorocznych refleksow, ale one szybko powracaja. Pomiedzy wirujacymi platkami sniegu, odnajduje trase , i krajobraz , i wiatr na twarzy, i zmeczenie w nogach, i cieplo, ktore sie rozlewa po calym ciele.
I juz sobie nie zadaje pytania : "Czy ja tak dobrowolnie tego chcialam?".
Juz znalazlam na nie odpowiedz : " Tak, sama tego chcialam".
Dziwne jest to, ze obawy, ktore mnie do tej pory nekaly, zaczely powoli znikac. Oswoilam sie stopniowo z nowymi warunkami , przyzwyczailam sie do codziennego wysilku, czarne mysli o upadku z wyciagu zostaly schowane na dnie mojej walizki, a niepokoj o synka, tez sie tam z nimi zmiescil.
Z reguly jestem raczej bojazliwym czlowiekiem. I ostroznym. Nie lubie podejmowac ryzyka, nie chcialabym znalezc sie w niebezpiecznej sytuacji.
Dlatego boje sie, boje sie, od kiedy jest Sasza. O niego sie boje.
Jednak, tym razem , zaufalam mu. Fakt, ze codziennie zostawialismy go w szkolce narciarskiej pewnie sie do tego w duzej mierze przyczynil.
Sasza stal sie narciarsko samodzielny, jezdzil tymi samymi , co i my trasami, a nawet, na co sama bym nie pozwolila, wjezdzal wyciagami bez opieki instruktora (instruktor na nastepnym krzeselku).
Snieg przestal sypac po trzech dniach.
Codziennie trenowalismy nasze narciarskie umiejetnosci. Przed poludniem rodzinnie, a po poludniu, rozdzielalismy sie, i kazdy pod okiem swojego instruktora odkrywal coraz to wiecej przyjemnosci tego sportu.
Poznym popludniem starczalo nam jeszcze sil, aby dotrzec do Tobogganing Parku , aby tam poslizgac sie na dmuchanych oponach. Przyznam, ze i ja sie dalam w te slizgi wciagnac. W ramach cwiczenia mojego strachu! Ryzyko jest, ale wyrachowane.
Po tygodniu takich wyczynow, musielismy wracac. Czas nieublaganie plynal, frajda sniegowa minela, czekala na nas szkola i praca.
A przygode z nartami bedziemy kontynuowac za rok.
Kilka zimowo-narciarskich migawek.
Pierwszy widok z okna.

Droga do hotelu.
Serpentyny w Tobogganing Parku.

Wjazd na 2000m.

Zjazd - w dole chmury.

Odznaka Niebieskiego Ksiecia.

Ostatni zjazd, ...

.... ostatni rzut okiem na domene naszych mozliwosci.

Nasza ekspedycja narciarska numer dwa zostala zaliczona.
Szczesliwie. Wrocilismy cali i zdrowi. Powiem nawet wiecej. Wrocilismy z odznaka Niebieskiego Krolewicza.
Zdecydowalismy sie w tym roku na powtorke, pojechalismy w to samo miejsce, czyli do Leysin w Szwajcarii.
Miasteczko nie jest polozone zbyt wysoko i przez caly czas przed naszym wyjazdem, mielismy marne dane meteorologiczne : brak sniegu totalny.
Tym bardziej bylismy zaskoczeni i ulzylo naszym narciarskim checiom trzymanym na wodzy cale dwanascie miesiecy, gdy nazajutrz po przyjezdzie ujzelismy przez okna osniezony krajobraz. Snieg ma w sobie taka czarodziejska moc, uspokaja, wycisza, upieksza.
Choc, przyznam, ze widzac ten bialy puch bylismy bardziej podekscytowani, niz wyciszeni.
Spieszylo sie nam na stoki!
Choc sama nie wiem czemu?
W czym ta przyjemnosc?
Najpierw trzeba sie odpowiednio ubrac. Pierwsza warstwa, druga warstwa, na to kombinezon. Wyglada sie wtedy obszernie.
Nastepnie buty narciarskie. Wyglada sie wtedy, jak kosmonauta. Przy czym porownanie konczy sie tutaj, gdyz nastepuja problemy z lekkoscia i gracja chodzenia.
Wielkimi krokami, ciezko stawiajac piety, stukajac po metalowych schodach, z nartami w jednej a kijkami w drugiej rece, dociera sie do wyciagu.
Czlowiek jest juz zmeczony, rozgrzany, i zadaje sobie pytanie : "Czy ja tak dobrowolnie tego chcialem?".
Po przypieciu nart, ktore nie udaje sie za pierwszym razem, gdyz sie okazuje, ze narta lewa nie pasuje do prawego buta, wiec trzeba ja przelozyc na lewa strone, po podniesienieu kijkow, ktore wypadly przy zakladaniu nart, mozna wyprostowac sie z wdziekiem i szurajac nartami , stanac w kolejce do wyciagu.
Po wpadnieciu w krzeselko, ktore podjezdza zawsze za szybko i zawsze od tylu, przypomina sie, ze wlasnie pada snieg. Dosyc gesto pada, a wyciagi krzeselkowe, nie maja ani podgrzewanych siedzen, ani ochronnych daszkow.
Wjazd zdaje sie trwac nieskonczenie, snieg zdaje sie padac z coraz wiekszym natezeniem, gromadzi sie coraz grubsza warstwa na calym mym obszernym odzieniu. Jeszcze troche, a zamienie sie w balwanka!
Aby oderwac sie od mysli o zimie i jej urokach, spogladam w dol. Brrr! Wysoko! Brrr! Moj lek wysokosci i moje pesymistyczne proroctwa na temat spadajacego krzeselka, sklaniaja mnie do zmiany toku myslenia i powrotu do padajacego na mnie wciaz sniegu.
I znow zadaje sobie pytanie : "Czy ja tak dobrowolnie tego chcialam?".
Jednak nie spadlam i nie zamienilam sie w sniegowa kule. Dojezdzam do koncowej stacji, wysiadka. Udalo sie, narty sie nie rozjechaly, nie wjechaly jedna na druga, a kijki nie wplaty sie pomiedzy nogi. Udalo sie! Snieg sie ze mnie obsypuje. Patrze na tych , co za mna. Tez ich zasypalo.
I juz nic nie stoi na przeszkodzie, juz tylko stok i ja, ja i stok.
Jeszcze tylko troche niepewnosci w pierwszych zjazdach. Jeszcze sie szuka zeszlorocznych refleksow, ale one szybko powracaja. Pomiedzy wirujacymi platkami sniegu, odnajduje trase , i krajobraz , i wiatr na twarzy, i zmeczenie w nogach, i cieplo, ktore sie rozlewa po calym ciele.
I juz sobie nie zadaje pytania : "Czy ja tak dobrowolnie tego chcialam?".
Juz znalazlam na nie odpowiedz : " Tak, sama tego chcialam".
Dziwne jest to, ze obawy, ktore mnie do tej pory nekaly, zaczely powoli znikac. Oswoilam sie stopniowo z nowymi warunkami , przyzwyczailam sie do codziennego wysilku, czarne mysli o upadku z wyciagu zostaly schowane na dnie mojej walizki, a niepokoj o synka, tez sie tam z nimi zmiescil.
Z reguly jestem raczej bojazliwym czlowiekiem. I ostroznym. Nie lubie podejmowac ryzyka, nie chcialabym znalezc sie w niebezpiecznej sytuacji.
Dlatego boje sie, boje sie, od kiedy jest Sasza. O niego sie boje.
Jednak, tym razem , zaufalam mu. Fakt, ze codziennie zostawialismy go w szkolce narciarskiej pewnie sie do tego w duzej mierze przyczynil.
Sasza stal sie narciarsko samodzielny, jezdzil tymi samymi , co i my trasami, a nawet, na co sama bym nie pozwolila, wjezdzal wyciagami bez opieki instruktora (instruktor na nastepnym krzeselku).
Snieg przestal sypac po trzech dniach.
Codziennie trenowalismy nasze narciarskie umiejetnosci. Przed poludniem rodzinnie, a po poludniu, rozdzielalismy sie, i kazdy pod okiem swojego instruktora odkrywal coraz to wiecej przyjemnosci tego sportu.
Poznym popludniem starczalo nam jeszcze sil, aby dotrzec do Tobogganing Parku , aby tam poslizgac sie na dmuchanych oponach. Przyznam, ze i ja sie dalam w te slizgi wciagnac. W ramach cwiczenia mojego strachu! Ryzyko jest, ale wyrachowane.
Po tygodniu takich wyczynow, musielismy wracac. Czas nieublaganie plynal, frajda sniegowa minela, czekala na nas szkola i praca.
A przygode z nartami bedziemy kontynuowac za rok.
Kilka zimowo-narciarskich migawek.
Pierwszy widok z okna.

Droga do hotelu.

Serpentyny w Tobogganing Parku.

Wjazd na 2000m.

Zjazd - w dole chmury.

Odznaka Niebieskiego Ksiecia.

Ostatni zjazd, ...

.... ostatni rzut okiem na domene naszych mozliwosci.



Komentarze