JESIEN
Rzadko trafia sie nam okazja spedzenia dwoch dni w plenerze i dlatego postanowilisma niecnie na nia napasc .
Skorzystalismy z zaproszenia znajomych na wyjazd na wies i pewien piatkowy wieczor, cala nasza szesci osobowa grupa wcisnela sie do Renault Scenic , i w anielskiej zgodzie i boskich humorach wyjechalismy z Wielkiego Miasta.
Zaraz na samym poczatku naszej wycieczki utknelismy w korkach i prawie polowe czasu przeznaczonego na dojazd do upragnionego miejsca, zostal stracony na wyrwanie sie z tlumu aut, w ktorych siedzieli tak samo , jak i my , ci co chca sie oddalic od cywilizacji.
Okazuje sie , ze nie jest tak latwo wyrwac sie z jej zaborczych szponow.
Nasze zawziete dążenie ku naturze zostalo nagrodzone.
Po godzinie jazdy, samochodow zaczelo ubywac, po dwoch zjechalismy z autostrady, a zanim minela tzrecia godzina, dotarlismy do miejsca przeznaczenia.
Czekal na nas przesliczny wiejski domek, z dala od wsi, z dala od drogi, przytulny i czysty. Jesli nie liczyc ogromnego polnego pajaka, ktory przez caly pobyt siedzial na scianie, ignorujac calkowicie nasza obecnosc.
Rano obudzilo mnie kwakanie kaczek.
Tuz pod oknem znajdowal sie malenki staw, w ktorym plywalo sobie kwaczace stadko.
Poza kaczuchami, w gospodarstwie byly rowniez biale golebie, ktore z wdziekiem przelatywaly z jednego dachu na drugi (cale gospodarstwo liczylo sobie az cztery budynki), stroszac gestese ogony,
kury , ktore z nadzieja na dokarmienie w malych oczkach, przybiegaly pod ogrodzenie , smiesznie kolyszac sie na swych lapkach,
oraz dwie brazowe kozy, ktore dzielily ogrodzony teren razem z kurami.
Jednak najwieksza atrakcja naszego tymczasowego domostwa, byl sad owocowy oraz hustawka.
Wiec tak latalismy od jablka do hustawki.
Jedna pigwa do koszyka, jedno pchniecie hustawka.
Koniec koncom, kazdy zostal zadowolony.
Z owocow zdolano zrobic przeciery na miesjcu, a reszte przewiezc do Wielkiego Miasta.
Dzieci wyhustaly sie do woli.
Przed odjazdem zdolalismy zrobic sobie rowniez spacer przegiem lasu. Nie zapuszczalismy sie zbyt gleboko, bo to sezon lowiecki, i odglosy strzalow, byly raczej zniechecajace.
Wycieczka ta zostala ukronowana , kiedy to Sasza wszedl w cierniste zarosla i podrapal sobie nozynki. Dziecko typowo miejskie, nie spodziewalo sie , ze na lesnej sciezce moze cos drapac i trzeba na to uwazac. Podsumowal cala wyprawe :
- Ja nie lubie natury, bo w naturze sa ciernie.
Skorzystalismy z zaproszenia znajomych na wyjazd na wies i pewien piatkowy wieczor, cala nasza szesci osobowa grupa wcisnela sie do Renault Scenic , i w anielskiej zgodzie i boskich humorach wyjechalismy z Wielkiego Miasta.
Zaraz na samym poczatku naszej wycieczki utknelismy w korkach i prawie polowe czasu przeznaczonego na dojazd do upragnionego miejsca, zostal stracony na wyrwanie sie z tlumu aut, w ktorych siedzieli tak samo , jak i my , ci co chca sie oddalic od cywilizacji.
Okazuje sie , ze nie jest tak latwo wyrwac sie z jej zaborczych szponow.
Nasze zawziete dążenie ku naturze zostalo nagrodzone.
Po godzinie jazdy, samochodow zaczelo ubywac, po dwoch zjechalismy z autostrady, a zanim minela tzrecia godzina, dotarlismy do miejsca przeznaczenia.
Czekal na nas przesliczny wiejski domek, z dala od wsi, z dala od drogi, przytulny i czysty. Jesli nie liczyc ogromnego polnego pajaka, ktory przez caly pobyt siedzial na scianie, ignorujac calkowicie nasza obecnosc.
Rano obudzilo mnie kwakanie kaczek.
Tuz pod oknem znajdowal sie malenki staw, w ktorym plywalo sobie kwaczace stadko.
Poza kaczuchami, w gospodarstwie byly rowniez biale golebie, ktore z wdziekiem przelatywaly z jednego dachu na drugi (cale gospodarstwo liczylo sobie az cztery budynki), stroszac gestese ogony,
kury , ktore z nadzieja na dokarmienie w malych oczkach, przybiegaly pod ogrodzenie , smiesznie kolyszac sie na swych lapkach,
oraz dwie brazowe kozy, ktore dzielily ogrodzony teren razem z kurami.
Jednak najwieksza atrakcja naszego tymczasowego domostwa, byl sad owocowy oraz hustawka.
Dorosli buszowali w sadzie, zbierajac co w rece wpadlo : jablka, pigwy, orzechy.
Wiec tak latalismy od jablka do hustawki.
Jedna pigwa do koszyka, jedno pchniecie hustawka.
Koniec koncom, kazdy zostal zadowolony.
Z owocow zdolano zrobic przeciery na miesjcu, a reszte przewiezc do Wielkiego Miasta.
Dzieci wyhustaly sie do woli.
Przed odjazdem zdolalismy zrobic sobie rowniez spacer przegiem lasu. Nie zapuszczalismy sie zbyt gleboko, bo to sezon lowiecki, i odglosy strzalow, byly raczej zniechecajace.
Wycieczka ta zostala ukronowana , kiedy to Sasza wszedl w cierniste zarosla i podrapal sobie nozynki. Dziecko typowo miejskie, nie spodziewalo sie , ze na lesnej sciezce moze cos drapac i trzeba na to uwazac. Podsumowal cala wyprawe :
- Ja nie lubie natury, bo w naturze sa ciernie.


Komentarze
Ah pigwa! Najlepszy zapach do słoika, a później zimą w herbatkę, ah ah :)