W CZERWCU

Za kazdym razem , kiedy przegladam blogosfere, narzuca mi sie zawsze to samo pytanie : jak i kiedy znajduja autorzy czas na tak aktywne prowadzenie blogow.
W niektorych mozna trafic na codzienne posty... Te sa z tych idealnych.
W niektorych regularnie, nie codziennie, ale zawsze , kiedy tam wchodze, jest nowy post. Te sa z tych, do ktorych mozna miec zaufanie.
A moj plasuje sie w tej marnej, ogonowej grupie, gdzie raz na jakis czas , jakis krotki wpis, jakies zdjecie, albo zmiana koloru czcionki nastepuje.
Zaraz za mna, jak to sie mowi w pewnej gwarze (nie jestem nawet pewna, czy polskiej) , jedzie samochod-szczotka, zmiata wszystkich maruderow , co to na poboczu zostali.

Po tym wstepie i tak charakterystycznym dla mnie poczuciem winy, chce upamietnic fakt, iz zostalam chrzestna malej panny Louisy. Podczas uroczystosci koscielnej, chrzestni mieli wyglosic krotkie przemowienie.
Stracilam pol nocy na napisanie 10 zdan, ktore mialy na celu wytlumaczenie mojego podejscia do sprawy, tzn. do mojego pojecia roli matki chrzestnej.
Maly kosciolek, w kotrym odbywala sie ceremonia, wydawal sie byc nader intymny i akuratni, jako miejsce mojego popisowego przemowienia. Ksiadz byl calkiem wyluzowany, do tego stopnia, iz mozna bylo miec podejrzenia, ze on taki bezceremonialny.
Wiec mozna powiedziec, warunki optymalne dla zagluszenia moich wszelkich obaw zwiazanych z "publicznymi" wystapieniami.
Niestety nic nie pomoglo.
Pol przemowienia bylo wymruczane pod nosem - watpie, aby ktos cos uslyszal.
Drugie pol przemowienia, czyli 5 pozostalych zdan, zostalo zdeformowane przez szlochy wzruszenia i zalane obicie lzami - watpie , aby ktokolwiek cos zrozumial.

Po czesci oficjalnej, nastapila czesc nieoficjalna, gdzie mozna bylo sie zalac nie tylko lzami.
Jak widac na ponizszej fotce, w otoczeniu mych wiernych towarzyszek, wrocila pewnosc siebie i usmiech.


A, przepraszam, ale zagalopowalam sie w tym opisie. Zadnej pewnosci siebie, ani cienia usmiechu nie mozna sie domyslic.
Jednak nie mam lepszego ujecia naszej trojki.
Nasza trojka jest bardzo wazna trojca, przetrwala wyze i nize, lata chude i lata tluste, lata "bez" i lata "z".
Dobrze , ze jest.

Po ceremoniach chrztu Louisy, mielismy zaszczyt uczestniczyc w ceremonii chrztu ogrodu, stworzonego przez pana P. (drugiego rodzica Saszy).
Pojechalismy az pod sama wschodnia granice, az do miasteczka Sarreguemines, ktore od 1790 roku do 1979 slynelo z wyrobow fajansowych. Niestety przemysl fajansowy zakonczyl swe dzialalnosc, pozostaly ruiny fabryki, ktore zamieniono w Muzeum Technik Fajansowych oraz Ogrod des Faienciers.
Sasza z radoscia odkrywal przyrode, oraz nie odstepowal swego rodziciela podczas oprowadzania wycieczek.
W slomkowym kapeluszu, i z palcem w nosie (nie robilam zdjec, aby nie upamietniac tych wciagajacych chwil), powtarzal swemu tacie :
"Interesuje mnie to, co opowiadasz".
Czyzby otwierala sie przed nim kariera przewodnika wycieczek ?

Komentarze

y. pisze…
no właśnie nie moge sie zebrac do kolejnego wpisu..
która to Ty? na tym zdjęciu?
Magda pisze…
A wlasnie, ze sie wzielas! Przylapalam Cie :-) Ja, ta co ma najjasniejsze wlosy, po prawej... Wydalo sie w koncu.
y. pisze…
:)
wyglądasz jakbyś urodziła się i całe życie mieszkała w Paryżu :):)

masz coś w sobie tak nieuchwytnego i hmmm, klasycznego, tak sobie wyobrażałam rodowite francuzki (wybacz, no nie mogę...)

to pierwsze wrażenie, ale bardzo, bardzo silne.

buźka!
Magda pisze…
Y.- jestes za dobra! to tylko pol zycia ... dziekuje, ale na serio nie zasluguje, nie widziesz , jaka mine robie?

Popularne posty